Co Dimo myśli o tym? Początek września w Polsce ma bardzo charakterystyczny klimat. Jeszcze kilka dni temu były wakacje, wyjazdy, lody i późne wieczory, a nagle rano pojawiają się plecaki, śniadaniówki i pytanie: „Gdzie są moje buty?”.
U mnie wygląda to teraz dokładnie tak samo. Mam dwoje dzieci i oboje wracają do szkoły. Po kilku tygodniach luźniejszego rytmu cała rodzina musi znowu przestawić się na wcześniejsze wstawanie.
I właśnie wtedy najbardziej widzę, że mieszkam w Polsce.
W Grecji początek roku szkolnego wygląda trochę inaczej. Dzieci zaczynają naukę zwykle później niż w Polsce, bo we wrześniu nadal potrafi być naprawdę gorąco. Kiedy tutaj rano zakładamy bluzę i sprawdzamy, czy będzie padać, w Salonikach ktoś może jeszcze myśleć o kąpieli w morzu.
Polski wrzesień ma jednak coś, co bardzo lubię.
Jest w nim poczucie nowego początku. Nowe zeszyty, plan lekcji, zajęcia dodatkowe. Dzieci opowiadają, kto siedzi z kim w ławce i który nauczyciel jest fajny. Rodzice z kolei próbują zrozumieć, jak w jednym tygodniu zmieścić szkołę, pracę, treningi i życie rodzinne.
Ja też.
Po 10 latach w Polsce wiem już, że wrzesień oznacza powrót do rytmu. Warszawa robi się bardziej zatłoczona, rano jest więcej samochodów, a w sklepach nagle znikają wakacyjne rzeczy i wszędzie pojawiają się zeszyty oraz kredki.
Patrzę na moje dzieci i czasem zastanawiam się, jak inne mają dzieciństwo od mojego.
Ja dorastałem w Salonikach. One dorastają w Polsce. Znają polską szkołę, polskie zimy i polskie wakacje, ale jednocześnie wiedzą, czym jest Grecja. Mają tam rodzinę, znają greckie jedzenie i wiedzą, że tata czasem dziwnie wymawia polskie słowa.
To chyba jedna z ciekawszych rzeczy w naszej rodzinie.
Dla mnie 1 września nie jest już tylko polską datą w kalendarzu. To po prostu moment, kiedy kończy się wakacyjny chaos i zaczyna kolejny rodzinny rok.
A rano?
Rano prawdopodobnie znowu będę szukał plecaka, który wieczorem miał być „na pewno przygotowany”.
